sobota, 28 lutego 2015

Tydzień Osiemdziesiąty Siódmy

A podtytuł brzmi:
   ...- Co u ciebie?
      - coraz lepiej i lepiej...
          ...Wielu znajomych, raczej tych dalszych, których zazwyczaj tylko spotykam gdzieś po drodze a potem idę dalej, nie takiej odpowiedzi oczekują. Zmieszani, zdziwieni, wkurzeni na moją odpowiedź, a właściwie na moją postawę, dziwnie się zachowują, zbici z tropu.
          Rzadko kiedy "podnoszą rękawicę" i zaczynają interesować się moim pozytywnym nastawieniem, jeszcze rzadziej chcą spojrzeć na swoje życie z innej, tej właśnie pozytywnej strony. 
          Nie chcę tu moralizować, dawać instrukcji czy na siłę zmieniać świata. Chcę tylko powiedzieć, że u mnie coraz lepiej i lepiej, że po trudnym czasie wstałam, otrzepałam skrzydła, pomalowałam rzęsy i poszłam na zakupy:)

Jeszcze raz DZIĘKUJĘ kochane blogowiczki za wspierające komentarze. Bógzapłać:)


 

 Robię zdjęcie codziennie na mojej przerwie w pracy- mniej więcej o tej samej porze i w tym samym miejscu.



 23.02.2015


24.02.2015 


25.02.2015 


26.02.2015 


27.02.2015


 Nowy nabytek- etno spódnica/ Lowju!!!

wtorek, 24 lutego 2015

Tydzień Osiemdziesiąty Szósty

A podtytuł brzmi:
   ...JESTEM.
          ...mimo, że nie ma mnie w sieci. Laptop nadal w szpitalu, niestety nie mam alternatywnego komputera, a ten w pracy, no cóż, nie do tego ma mi służyć... Ponawiam przeprosiny moich ulubionych blogów- nie odwiedzam Was, bo nie mam jak, wybaczcie:) (jestem grzecznościowo na innym kompie1/2 godzinki)

oraz

...DZIĘKUJĘ:)
za wspierające i pełne pozytywnej energii komentarze z poprzedniego posta.  Bógzapłać:)



 Robię zdjęcie codziennie na mojej przerwie w pracy- mniej więcej o tej samej porze i w tym samym miejscu.
16.02.2015



17.02.2015



18.02.2015






sobota, 14 lutego 2015

Tydzień Osiemdziesiąty Piąty

A podtytuł brzmi:
   ...WDZIĘCZNOŚĆ
          ...słowo, które uratowało mnie od pogrążenia się "na amen" w feerii czarno-ziemisto-brudnych barw, które wraz z początkiem tygodnia (a taka piękna, śnieżna niedziela była, nic się na pogrom nie zanosiło) rozgościły się w  mym sercu, duszy i umyśle. Za "chiny ludowe" nie chciały wyjść, wręcz im bardziej napierałam, tym były głębsze i czarniejsze.
          Barwy te, jako reprezentanci emocji, które mną szargały, były spowodowane, a jakże- przyczyną, wieloma przyczynami, karmą pewnie (w którą wierzę) i splotem nieprzypadków, bo przecież nic nie dzieje się ot tak sobie...

          Moje próby wybrnięcia z trudnego do opisania stanu emocjonalnego były właściwie żadne. Opadłszy już z sił, nie widząc końca tej, pożal się boże, sytuacji, skupiona na pracy i trzymaniem się jako tako, poczułam w ciele ciepło, a zaraz po nim ulgę. Powolutku, pomalutku opuszczało mnie napięcie i przez meridiany spływały, rozmiękczone i rozwodnione w/w barwy. Kilka razy w życiu już coś takiego przeżyłam, więc nie wpadłam w panikę, wiedziałam, że będzie ciąg dalszy. I był.         
          Gdzieś po głowie zaczęło mi się tłuc słowo WDZIĘCZNOŚĆ. Nie powiem, że skakałam radośnie do góry z tego powodu, bo to nie takie hop-siup, że sobie coś poszło, co przyszło nieproszone, rany zostały, trochę czasu upłynie, zanim poskładam się do kupy, jednakoż słowo to uzmysłowiło mi, przypomniało to, że kiedyś zdecydowałam, że wszystko, co mnie spotyka, mogę uznać za karę lub nagrodę (pisałam o tym w innym poście).
          Tak, tak patrzę na życie. I na tą całotygodniową sytuację w końcu też tak spojrzałam, że przyszła do mnie kolejna lekcja (wciąż ją odrabiam), za którą jestem WDZIĘCZNA.


          Przepraszam, ale nie mogę opisać tu tego, co mi się przydarzyło. Nie o szczegóły tu chodzi. Jednak pokusiłam się tu opisać w szczątkach to, co przeżyłam, bo w końcu po to ten blog założyłam i prowadzę, by wiele barw życia tu pokazywać- zawsze, ale to zawsze po to, by zmieniać siebie i świat na lepsze:)

          A, i jeszcze jedno- na domiar wszystkiego zepsuł mi się laptop. Nie mam więc możliwości siedzieć na kompie tyle, ile chcę, dziś piszę ten post mając komputer grzecznościowo na pół godzinki, więc wybaczcie mi, że nie zaglądam na wasze blogi. Nie ma jak:(
          A, i jeszcze jedno. Przez pierwsze dwa dni nie byłam w stanie stanąć do zdjęć. W kolejne dni też było mi trudno, więc wybaczcie mi trochę wymuszony (myślałam wtedy o rowerze, lesie i polach gryki) uśmiech:)

 


 Robię zdjęcie codziennie na mojej przerwie w pracy- mniej więcej o tej samej porze i w tym samym miejscu.
11.02.2015 


12.02.2015 


13.02.2015

piątek, 6 lutego 2015

Tydzień Osiemdziesiąty Czwarty

A podtytuł brzmi:



   BIBLIOTEKA...
          ...dzisiaj miałam mieć dzień książkowy, bo
wstyd się przyznać, ale w końcu wybrałam się do niej (biblioteki), a ostatnio byłam tam prawie trzy lata temu. Nie żebym nie czytała- czytam, i to dużo. Książki pożyczam od znajomych, kupuję w księgarni, ściągam na tableta. 
          Wypożyczyłam sobie DŻUMĘ. Czytałam sto lat temu, nie pamiętam w ogóle, o czym to, a świąteczne wydanie Wysokich Obcasów miało artykuł o Camusie, stąd pomysł. Kurde, nie pamiętałam, że za Dżumę dostał Nobla!
          Wstąpiłam też do księgarni kupić wielką, ciężką, kolorową książkę, ale nie zdradzę jaką- opisze ją w innym poście.
          Miałam plana- bo wróciłam wcześniej z pracy- że położę się z kubkiem earl greya i poczytam. Plan pokrzyżowała migrena- musiałam zamknąć oczy i poleżeć w spokoju. Widocznie to mi było pisane:)
          A'propos migreny- dzięki odstawieniu na jakiś czas kawy zdarzały się rzadziej. Niestety, gdy kawa wróciła do łask to i w ślad za nią wróciła migrena. Jasny gwint, koniec z kawą? Na to wygląda. Albo rybki albo pipki...




 Robię zdjęcie codziennie na mojej przerwie w pracy- mniej więcej o tej samej porze i w tym samym miejscu.


 02.02.2015


03.02.2015 


04.02.2015 


05.02.2015 


06.02.2015







LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...