piątek, 31 stycznia 2014

TYDZIEŃ...

... w Glasgow!
O tak, byłam tydzień w Galsgow!
           Urlop spędzony z córką był przecudowny!
Słodkie lenistwo, szał zakupów, wyżerki potraw z różnych stron świata, późnowieczorne oglądanie filmów...
           A jak byłam już zmęczona zgiełkiem wielkiego miasta i smrodem metra to wybrałyśmy się do Green Garden, który swą naturalną energia, zielenią i oszałamiającym zapachem kwitnących kwiatów przywrócił mnie do równowagi:)
            Uciekłam od nagłej zimy, która przyszła nie wiadomo po co, w przyjemny (?) klimat szkockiej pogody. Było ciepławo,  niekiedy nawet słońce zaświeciło, czasem troszkę powiało, ale co tam! Nie straszne nam deszcze i burze...!
            Wróciłam akurat na odwilż, wypoczęta i pełna radości, mimo, że rozstania z córką do przyjemnych nie należą, ale już niedługo znowu się zobaczymy, więc dam czasowi płynąć swoim rytmem, bo nic go przecież nie przyspieszy i nie spowolni.
            Eh..., podróżować, podróżować, jest bosko!!!


 Słit focia na Buchanan Street



Wyżerki wszelakie:)

 


Green Garden





Jak wam podoba się mój płaszczyk?

Rejczel:)



I jeszcze dodatek- pochwała owsianki:)
Jadłyśmy ją na śniadanie, ja oczywiście z cynamonem (córka bez), z owocami i orzechami. Dzięki niej o wiele lepiej nam się chodziło po mieście- nie czułyśmy się ociężałe, jak czasem po śniadaniu z pieczywem,  miałyśmy więcej energii i humoru, poważnie!
Jadam owsianki, jaglanki i ryżanki od wielu wielu lat, ciesze się więc, ze w końcu moja córka się do niej przekonała.
Niech żyje owsianka!!!!!!!!!!!!!!
A przepis jest TU:)




niedziela, 19 stycznia 2014

KARNAWAŁ

          Nie żebym szlajała się po knajpach w poszukiwaniu rozrywki czy hulała na balach takichśmakichiowakich.
Po prostu, jest karnawał, to czas, by zrobić pączki angielskie!
           Tak, tak, robię je tylko w karnawale, taka tradycja z dzieciństwa. Wtedy jedne koleżanki smażyły faworki, a ja pączki. I objadałyśmy się tymi ciastkami na podwórku na ławce, nie myśląc o trującym cukrze, białej mące i kaloriach. Wtedy o tym nie wiedziałyśmy:) I jakie byłyśmy zadowolone!!!!
          Tak więc oto są, moje ulubione pączki z dziurką, które, pisząc tu post, zajadam i popijam kawą.
Przepis na nie znajdziecie TU






          Byłam kiedyś na kilku zabawach karnawałowych, ale najlepiej wspominam bal przebierańców we Wrocławiu, w Arsenale Broni, który odbył się kurde w ubiegłym wieku (jesu, jak to brzmi!).
          Oto i ja, z mężem jako hrabinia z lat dwudziestych wespół z piratem słodkich wódek:)
Mój mąż specjalnie na tę okazję zapuszczał brodę, a ja włosy, no i musiał koniecznie być lis- prawdziwy nieżywy, pożyczony od mojej mamy.


W tym roku karnawał "świętowałam" na Festivalu Zmysłów.
Po raz szósty Festival gościł cuda, które pobudzały i zaspakajały zmysły wszelakie, tym razem w klimatycznej herbaciarni WHITE MONKEY.
Były śpiewy, śmiechy, pogaduszki, przymierzanie, kupowanie, poznawanie.
A co, tak też można!!!

Całe foto z imprezy TU



           No to bawcie się kochani, każdy po swojemu, 
nie tracąc radości i pogody ducha, 
bo co jak co, 
ale radość w życiu to rzecz święta:)





piątek, 17 stycznia 2014

Tydzień Trzydziesty Trzeci

          A podtytuł brzmi:
w życiu piękne są tylko chwile...
          ... i z takich też chwil składa się moje życie.
          Życie, które zaczęło się long long tajm egoł, pewnego śnieżnego dnia, o 14:00.
Zeszłej niedzieli wypowiedziałam na głos sławetny cytat: [...] a imię jego czterdzieści i cztery [...]
Tyle czasu na tym świecie jestem, świecie, którego tak niewiele widziałam, ale na szczęście (?) mam Travel Szanel i oglądam go czasem na jednej ze ścian.
Świecie, który mnie przeraża, a zarazem ciekawi.
          Nie jestem typem podróżniczki, boję się brudu, głodu i chłodu, choć większość wakacji spędzałam pod namiotem z kibelkiem z serduszkiem. Ale teraz, hm, wygodna się stałam i na wakacjach to ja łóżeczko i ciepłą wodę preferuję.
Tak więc świat, który mnie dookoła otacza, oswajam po swojemu, metodycznie i spontanicznie zarazem.
      Metodycznie zaczęłam kilka lat temu- celebracją każdej chwili, która wydawała się ważna, piękna, radosna, a zarazem prosta, mała i cicha.
Dzięki temu mój świat stał się baaaaaardzo kolorowy:)
          I pierwszy raz w życiu zaśpiewało mi "sto lat" ponad 90 luda, bo akurat, gdy zaczął się 44 rok mego życia- na weselu byłam, a mój mąż z moją przyjaciółką suprajs mi zrobili i piosenkę u orkiestry mi zamówili i całe wesele darło się w niebogłosy, bym żyła tak długo.
          Piękne to było i wzruszające:)
Mnóstwo życzeń spłynęło w me serce, a że ja lubię się dzielić, to i dzielę się moimi pięknymi chwilami z wami, życząc jednocześnie tego, co sobie sami byście życzyli:)

I jedna mała focia z wesela, z mojego telefonu, bo z aparatu mojego męża to jeszcze trochę potrwa, zanim się wywołają. A pod spodem seria, jak zwykle, z tygodnia.

Alleluja!!!






Robię zdjęcie codziennie na mojej przerwie w pracy- mniej więcej o tej samej porze i w tym samym miejscu.



 13.01.2014


14.01.2014


15.01.2014


16.01.2014


17.01.2014





środa, 15 stycznia 2014

Dla porównania II

          Porównywałam już raz na blogu moje zdjęcia, wtedy z lata- TU, teraz z zimy.

            Widać, że aura się zmieniła, rzadko jest słońce, ale dobrze, że zima jest w dodatnich temperaturach i mogę występować:) bez tzw. okryć wierzchnich.

Niby te same ciuchy, a jakieś za każdym razem inne, nieprawdaż?












 







poniedziałek, 13 stycznia 2014

Tydzień Trzydziesty Drugi

A podtytuł brzmi:
OBIAD
Zapiski z mojego "pamiętnika", z roku 2005, które przed chwilą znalazłam, ha ha:)
Oto one:


Panie Boże!
Dziś opowiem Ci historię.
Nie bajkę, nie mit, nie sensację z pierwszych stron gazet.
Historia ta wydarzyła się już niejednokrotnie i jeszcze tyle samo razy się wydarzy.
Nie znam dokładnej genezy jej powstania, choć już na pewno wielu uczonych łamie sobie zęby na jak dokładniejszym rozbiorze tego zagadnienia.
Otóż historia ta dotyczy OBIADU.
Temat arcyciekawy, zważywszy tym bardziej na to, że opowie Ci go kobieta. Bo obiad i kobieta to rodzeństwo. Tak, tak, mężczyzna i obiad też się zdarzają…
Z rodzeństwem bywa, że się kochają i nienawidzą, lubią i czubią, szanują i opluwają. Zawsze jest rywalizacja – czasem zdrowa, czasem chora. Wspólne tajemnice, potajemne kablowanie. Wspólne chwile, życie w osobnych pokojach. Chaos i zamęt, spontaniczny śmiech.
I jak to w życiu bywa nie da się odciąć od rodzeństwa. Można tylko udawać, że go nie ma, nie zgadzać się z resztą świata, że istnieje, spalić jego metrykę, zakopać w mysiej dziurze. Fakt pozostaje faktem – narodziny nastąpiły. Nic tego nie zmieni, nawet nazwisko.
Do czego zmierzam? Zaczęłam od tego, żeby trochę rozświetlić moją historię dotyczącą obiadu, bo dobrze jest czasem coś do czegoś porównać, poszukać podobieństw, określić położenie geograficzne itp.
Otóż obiad jest dla kobiety takim upierdliwym młodszym rodzeństwem, o którym nie wolno zapominać, bo mama się pogniewa. Które nawet w niedzielę, ba! tym bardziej w niedzielę od samego rana wrzeszczy nam do ucha, że mamy się nim zająć. Nie można go zignorować, bo zemści się okrutnie! Np. mąż zadzwoni z pracy i zapyta, co na obiad? I co? Kaplica! Jak to nie ma? Przecież obiad jest zawsze! ZAWSZE! Nawet na przednówku ludzie jedli obiad, nawet w czasie klęsk żywiołowych! Dlaczego nie ma obiadu?!? Jak to ci się nie chciało? Jak można nie chcieć ugotować obiadu? Przecież to nieludzkie!! No tak (to do męża), dałeś mi ciekawy temat do przemyślenia. Jutro też nie będzie obiadu, bo muszę nad tym popracować. Odkładam słuchawkę. Myślę przez resztę dnia, aż do powrotu męża do domu, czy mąż mnie jeszcze kocha, chce być na dobre i na złe, czy nie będzie awantury albo złowrogiej ciszy?
Tak… ciekawy temat do przemyślenia. To nieludzkie nie ugotować obiadu. Zwierzęta tego nie robią. Nie tylko nie gotują czegokolwiek (np. wody na kawę), ale nie mają ścisłych pór posiłków. Fakt, jedne jedzą rano, bo w południe upał, drugie w nocy, bo lepiej  widzą, ale to sprawka ewolucji, a nie nauki o pożywieniu. Tylko ludzie robią takie niesamowite rzeczy.
Ten nieszczęsny obiad rozpieprzył ( przepraszam za wyrażenie, ale tylko ono oddaje sedno sprawy) niejeden związek, zabił niejednego człowieka, spowodował katastrofy ekologiczne, zdegradował nasze ciała, doprowadził do bankructw (czegokolwiek) i na dodatek nie da się go pozbyć.
Panie Boże, czasami myślę, że obiad to jakaś kara boska. O ile świat byłby piękniejszy, gdybyśmy nie musieli ich robić, a robili, kiedy chcieli! Żeby on nie był takim fizycznym przymusem, bez którego nie da się żyć. Żebyśmy nie byli jak rodzeństwo, ale jak przyjaciele – kiedy się potrzebujemy, to się spotykamy, a kiedy mamy coś innego do roboty i zapominamy o reszcie świata, to przyjaciel nie ma nam tego za złe. On wie, że kiedyś w końcu się spotkamy. Jest na wyciągnięcie ręki, ale się nie narzuca.
Powiedziałam Ci na początku historii, że ona będzie się powtarzać. Bo jak to w życiu jest, nie da się odciąć od swego rodzeństwa…
Jak Tyś ten obiad wymyślił? Po co?


Robię zdjęcie codziennie na mojej przerwie w pracy- mniej więcej o tej samej porze i w tym samym miejscu.

07.01.2014


08.01.2014 


09.01.2014 


10.01.2014

sobota, 4 stycznia 2014

Tydzień Trzydziesty Pierwszy

A podtytuł brzmi:
Nie mogłabym żyć bez cynamonu...
          ...bo to moja najukochańsza przyprawa!
Poznałam jego walory, smak i zastosowanie dzięki kuchni indyjskiej. Tam wsypywany jest do dań słonych, ja go wcześniej znałam tylko z potraw słodkich.
          Dziś cynamonu używam na tony. Bez cynamonu nie ma kawy (gotowanej wg 5 Przemian, przepis TU), nie ma szarlotki (przepis TU), nie ma herbaty, warzywnych gulaszów, sosów (na przykład takiego TU), deserów, pieczonych jabłek, grzanego wina czy balsamu do ciała:)
           Kocham cynamon!!!
           Zrobiłam więc dziś szarlotkę. Taką prostą, którą uwielbiam. A co z resztkami- ogryzkami i obierkami z jabłek? Jak to co! Kompot! Kompot z resztek, z goździkami, imbirem, miętą i cynamonem. Mmmmmmmm, pycha:)
Szarlotka gotowa. Idę gotować kawę:)

Robię zdjęcie codziennie na mojej przerwie w pracy- mniej więcej o tej samej porze i w tym samym miejscu.



30.12.2013


 02.01.2014

 


I kompocik z resztek:)




piątek, 3 stycznia 2014

Głowy lenina znad pianina...

          ...a własciwie to moje głowy, uzbierane przez wiele lat, mieszkające w Picasie.
          Odkryłam je dzisiaj- kilkadziesiąt minut spędziłam na dziwieniu się, ile w Picasie mam zdjęć, i to jakich!
          Z niektórych bardzo się ucieszyłam, myślałam, że przepadły, przepiłam je, oddałam za bezcen albo coś w tym rodzaju. A tu proszę, skryły się, a ja je znalałam! Super, że są!

          Tak oto przedstawiam Wam głowy Izyraj, nie chronologicznie, ale z różnych lat, co można wywnioskować z rodzaju okularów.

Głowy lenina znad pianina, znad pianina:)






















































Autorami zdjęć są:
Izaraj
Magda
Agnieszka
Rachela
ktoś