niedziela, 26 czerwca 2011

ROWER! TO JEST TO!

Jest niedziela, dzień wypoczynku... Wsiadamy z mężem na rowery i po kilkunastu minutach od miejsca naszego domku jesteśmy już poza miastem. Jeździmy sobie po polach i lasach, bez pośpiechu, spokojnie. Co rusz naszym oczom ukazują się nowe widoki. To różnozielone pola zbóż, w których rosną chabry, za chwilę pole ziemniaków, które kwitną teraz na biało. Czuć zapach skoszonej trawy i ziół. Słyszymy śpiew skowronka, szum liści i traw. Gdzieś daleko pieje kogut. Nie spotykamy żadnego podobnego do nas, ewentualnie mija nas czasem jakiś samochód.
Sielana...
Czasami jedziemy przez wsie, dzielnice domków, osiedla. Przy domach wypielęgnowane ogrody pełne kwiatów, drzew owocowych, ławeczki i huśtawki. Nagle wjeżdżamy w odpust- kolorowe stragany, pełne chińskiego badziewia, ogólny rozgardiasz, tłum i hałas. Uciekamy stamtąd szybciutko. Wjeżdżamy w boczną uliczkę i na wysokości mniej więcej Raszowskiej górki rozpostarł się przed nami widok, który zaparł nam dech w piersiach- widać było kominy elektrowni Laziska, kopalnię Dębieńsko, i lasy, lasy, lasy... Dookoła żywej duszy, spokój, cisza, kontemplacja.
Wracamy do domu nowymi ścieżkami, pełni energii, zadowolenia, radości.

I jadąc sobie rozmyślałam o moim mieście- jak ja je bardzo kocham...:)



piątek, 24 czerwca 2011

PRZYCIĄGNĄŁ ICH DO MNIE KOLOR MEJ CHUSTY

      Dziś ostatni dzień na kupienie pamiątek, więc wybrałam się na Krupówki. Sklepów, straganów, budek- mnóstwo, Ludzi też. Pogoda jednak dopisuje, nie zwracam już uwagi na tłum i hałas, siadam sobie na dole Krupówek w malutkiej, acz bardzo popularnej kawiarni, na tarasiku. Cappuccino i kremówka- oto mi właśnie chodziło. 
     Siedzę sobie sama przy stoliku, obserwuję potok przepływających głosów, kolorów, dźwięków. Uśmiecham się do siebie i do ludzi. Podchodzi do mnie pani. Pyta, czy nie przeszkadza? Zapraszam ją do stolika, ona chętnie siada i mówi do mnie wierszem. Okazuje się, że pisze fraszki, sentencje, dwuwiersze, a nawet spoty reklamowe. Daje mi broszurkę ze swoimi dziełami. Okazuje się, że pani jest z Suszca, jest tu u swojej koleżanki i korzysta z okazji, by sprzedawać turystom swoje broszurki. Miło nam się rozmawia, wymieniamy się telefonami, obiecujemy sobie, że już na Śląsku na pewno się spotkamy. Na koniec mówi mi, że odważyła się do mnie podejść, bo mam taką piękną, kolorową chustę, to dla niej był znak, że warto mnie poznać.
     Piję sobie spokojnie dalej kawę i znowu słyszę, czy można się do mnie przysiąść. Tym razem to pan Władek, jak się później okazało, emerytowany kierowca z Poznania, który chciał zjeść sobie placka ziemniaczanego, zakupionego obok w budce. Zauroczyła go moja kolorowa chusta, czuł, że coś go do mnie ciągnie. Kończyła się mi już kawa, nie zdążywszy mrugnąć powieką miałam już na stoliku drugą. I tak przez godzinę piliśmy razem kawę, rozmawiając o..., no właśnie, nie o polityce, nie o chorobach, ale o kolorach życia. Pan Władek o swojej pracy, ja o swojej, o pięknie Polski (jako kierowca autokaru widział niejedne piękne miejsca), o szczęściu, przyjaźni, górach, ludziach, miastach.

     Te spotkania, te rozmowy mają w sobie niesamowicie piękną energię, którą karmię swoją duszę i myślę- mam taką nadzieję- że i Waszą:)
Żegnając się życzyliśmy sobie na wzajem pięknego, kolorowego życia. 
Czego i Wam bardzo życzę:)
Posted by Picasa

środa, 22 czerwca 2011

MAROKAŃSKIE BUTY POD GUBAŁÓWKĄ


     Dziś od rana jest cudowna, letnia pogoda. No tak, przecież zaczęło się astronomiczne lato. Korzystając z wolnego czasu udałam się na spacer w celu zakupienia biletu powrotnego do domu. 
     Koleżanka, która mi towarzyszyła, zna Zakopane jak własną kieszeń, więc zabrała mnie na słynne targowisko pod Gubałówką. 
     A tam- mnóstwo kolorów!!! Chusty, korale, torebki, rozmaite pierdołki- wszystko wzorzyste i kolorowe! Głowa nie nadążała za oczami, które ciągle zauważały coś ciekawego.
     Na końcu tego targowiska próżności znalazłyśmy się przy stoisku z marokańskimi pantoflami.      
     Aż nas zatkało z wrażenia- nawet nie chodzi o fason tylko właśnie o kolory. Turkus, fuksja, seledyn, oranż, jezychryste, coś pięknego! Żałowałam, że nie miałam ze sobą aparatu. Cena była do przełknięcia, tym bardziej, że pantofelki są ręcznie robione i z miękkiej skóry. Kupiłyśmy! I bardzo się z tego faktu cieszymy.
      Chodzimy sobie teraz w nich po ośrodku, są bardzo wygodne i piękne! Kolor moich pantofli to właśnie fuksja. I tak sobie teraz pomyślałam, że będą śweitnie pasować do dzisiejszej kolacji- warzyw po indyjsku z jogurtem, ponieważ głównym składnikiem tego dania jest burak, a wykąpany w jogurcie stworzy sos o bardzo podobnym kolorze. Mniam:) Idę gotować!


poniedziałek, 20 czerwca 2011

GOTOWANIE JEST FAJNE!!!

 
     Uwielbiam gotować! I mam ku temu sposobność, dzięki temu, że jestem w takim wspaniałym miejscu- piękny dom, okolica, góry. Za oknem "mojej" kuchni jest zielono, dużo drzew, łąka..., przyjemnie kroi się warzywa z takim widokiem!

     W brytfannie dusi się marchew, tym razem to nie porostu marchewka na gęsto, ale słupki oblepione przyprawami i musztardą. Zapach, który roznosi się po domu, przyciągnął do kuchni ekipę wspomagającą obóz- masażyści, joginka, pan "złota rączka". Pytają, co w garach piszczy, a ja częstuję ich kawą gotowaną wg 5 Przemian- są zadziwieni jej smakiem! Delektując się nią opowiadają o sobie, pytają, czym się na co dzień zajmuję, skąd jestem.
     Kuchnia to niesamowicie magiczne miejsce. Chce się nam tam tak siedzieć i gadać, ale zaraz wrócą z gór obozowicze, więc czas wracać do swoich obowiązków. Każdy robi to z wielką ochotą i pasją. 
     A wieczorem znowu zejdziemy się w kuchni, tym razem na kubek gorącej imbirówki, przy której pogadamy o "starych rowerach".

No to Isia, wracamy do garów:)


sobota, 18 czerwca 2011

ZAKOPANE- TŁUM LUDZI I BAR MLECZNY

   
     Zakopane..., nie byłam tutaj 22 lata..., a teraz jestem, chodzę po Krupówkach, robię zdjęcia, zaznajamiam się z okolicą. To tylko dzisiaj, bo jutro zaczynam gotować dla grupy, która przyjedzie dać sobie wycisk (http://dajsobiewycisk.pl)


     Krupówki- mnóstwo ludzi, mnóstwo knajp głównie z mięsiwem, sklepów, Janosików zdjęciowych i grajków-srajków, co puszczają muzykę z magnetofonu (?), by jakiś badziew podskakiwał do rytmu. 






     Zgłodniała do granic możliwości szukałam czegoś zdrowego, wegetariańskiego, niestety, po półgodzinie poddałam się i kupiłam sobie obwarzanka. Usiadłam na ławce, bo tłum mnie zmęczył, ale nie dało się długo wysiedzieć, bo z każdej strony hałas. Poszłam sobie w jakąś boczną uliczkę i... odkryłam BAR MLECZNY! Łał! Pierogi wszelkiej maści, zupy, kasza gryczana... Zamówiłam sobie ruskie pierogi, prosząc panią, by nie okraszała mi słoninką tylko masłem, nie było problemu- dostałam pierogi z cebulką na oleju. I nie były lepione tak tradycyjnie, tylko dookoła. Zjadłam je sobie na tarasiku, w ciszy i spokoju dosłownie 50 metrów od Krupówek. Kosztowały 10zł!!!

                                                    





  Nie omieszkałam też wejść do sklepiku z biżuterią, oczywiście nie wyszłam stamtąd z pustymi rękami- co widać na załączonym obrazku:









     W domu, w którym mieszkam jest coś, za czym bardzo tęskniłam- CISZA! Tego na co dzień mi brakuje. Tutaj pobędę sobie w ciszy.
A jutro go garów- chłodnik z truskawek i pomidorów oraz zupa soczewicowo-kokosowa z chili.


czwartek, 16 czerwca 2011

ŁANDERFUL DEJ

     To był cudowny dzień...
Odwiedziłam miasto mojego dzieciństwa- Tychy. Tam mieszkała ś.p. moja kochana babcia, do której przyjeżdżałam na cudowne, pełne miłości i swobody wakacje.
Tym razem przyjechałam na ślub koleżanki, znamy się jeszcze z dzieciństwa, bawiłyśmy się na jednym podwórku, chodziłyśmy do tego samego liceum. Wychodziła za mąż- za swojego ukochanego...:) Piękny dzień- środek roku, środek miesiąca, środek dnia (12:00). Dużo gości, kwiaty, szampan, a końcówka ślubu tak trochę po amerykańsku- wsiedli do auta i pojechali w siną dal:)

     Korzystając z wolnego (sama sobie go dałam), wracając do domu wstąpiłam do Anki Skakanki. Ma piękny, bujny, półdziki ogród, w którym przyjemnie można spędzić kilka chwil. Siedziałyśmy na huśtawce i przy kojącym śpiewie ptaków piłyśmy wodę z cytryną i esencją różaną, rozmawiając o Wielkich Sprawach tego Świata.



     To był cudowny dzień... ale to jeszcze nie koniec.
Bo jak wróciłam do domu i zjadłam wczorajszy obiad, poszłam z koleżanką na pyszne capucino, by podelektować się jej smakiem i własnym towarzystwem.

To był cudowny dzień... ale to jeszcze nie koniec.

     Bo potem poszłam jeszcze z mężusiem na wystawę prac dzieci, które uczestniczyły w autorskim programie Agnieszki, która prowadzi Nido. I po wstępie-występie całą już grupą wzajemnej adoracji udaliśmy się na dach Fokusa, by podziwiać z innymi uczestnikami- zaćmienie Księżyca. Nieważne, ze ledwo go było widać. Ważne, że tam byliśmy, koktajl i wino piliśmy, razem dobrze się wszyscy bawiliśmy!!!

To był cudowny dzień... ale to jeszcze nie koniec. Bo dziś jest kolejny ładerfulowy dzień!!!!!!!!

wtorek, 14 czerwca 2011

POMARAŃCZ I TURKUS

     Na niedawnym Babińcowym spotkaniu (o którym można poczytać tutaj: http://awroblog.blox.pl/2011/06/Sukcesy-nalezy-mierzyc-wlasna-miara.html)
rozmawiałyśmy między innymi o świętowaniu swoich sukcesów. 
 Świętujemy je na różne sposoby, takie jak  kupienie sobie na przykład jakiegoś drobiazgu.

     Ponieważ mam okazję do świętowania, po drodze na pocztę, między księgarnią a zrobieniem domowych zakupów zahaczyłam o sklep, w którym byłam chyba pierwszy raz, a mijam go za każdym razem, jak idę na rynek. 
W tym właśnie sklepie uświetniłam swój sukces zakupem kolczyków, które pasują do mojej pomarańczowo-turkusowej chustki:







poniedziałek, 13 czerwca 2011

FESTIWAL ZMYSŁÓW PRZESZEDŁ DO HISTORII

    Tak. Przeszedł do historii niesamowity, piękny dzień. Wszyscy uczestnicy byli tego samego zdania- dawno nie czuliśmy takiej ekscytacji i radości a zarazem harmonii i spokoju, która udzieliła się nam w trakcie dnia i wieczoru obfitującego w doznania zmysłowe.

     Poznaliśmy fajnych ludzi, którzy przyszli zażywać przyjemności przygotowanych przez nas. Ich otwartość, wrażliwość i ciekawość sprawiła nam ogromną frajdę, poczuliśmy, że Festiwal spełnia swoje zadanie- że dzieląc się z nimi tym, co mamy najlepszego- swoją pasją, zarażamy ich twórczą i radosną energią!


Wojtek Skabek (Zdrowy Dźwięk) poprzez wibracje mis, gongu i monochordu wprawiał nasze ciała i umysły w stan relaksu i odprężenia.

Pracownia Colorglass pokazywała świat przez kolorowe szkła, które w trakcie całego dnia nabierały nowych kształtów (zapraszamy do pracowni, tam można podziwiać dzieło Mateusza i Agnieszki).

Anka Skakanka zaaranżowała swój stół z Nadzianymi Babeczkami specjalnie Festiwalowo, jej cupcake'jsy zrobiły karierę:)

Agnieszka Blazy (Nido) na balkonie Akademii miała rozstawione sztalugi, wielu chętnych malowało tam swoje niepowtarzalne dzieła...

Agata Parotny (White Monkey) rozsiewała piękną woń olejków i kadzideł, dodatkowo raczyła chętnych smakowymi herbatami.

Andrzej Rajter pokazał nam Rybnik swoimi oczami- jakże nam znany, a jak niesamowicie inny...

Karol Mierzejeski (VistaStudio) wszystkim chętnym robił portrety w malutkim atelier, zaiprowizowanym w przedsionku Akademii.

Ja, jako Tańcząca z Przyprawami, karmiłam zgłodniałych wrażeń smakowych buraczkami w sosie z pomarańczy, krokiecikami ze szpinakiem i camembertem, kotlecikami owsiano-pieczarkowymi z dipem miętowym i rzodkiewkowym. Mmmmmmniam:)


     A wieczorem...w White Monkey...Wojtek sprawił nam niespodziankę... Każdy dostał misę i pałeczkę, by wspólnie z nim i Kornelią zagrać jedyny i niepowtarzalny koncert przy dźwiękach przepięknych monochordów. Było to piękne przeżycie, dzięki któremu przeżywaliśmy relaks i podróże w wyobraźni.
Było cudownie...

i na tym nie koniec. Chcemy za kilka miesięcy znowu spotkać się na Festiwalu, by móc przeżywać radość, harmonię i to coś, co trudno jest nazwać...

Dziękuję wszystkim uczestnikom za energię i piękne przeżycia:)

piątek, 10 czerwca 2011

FRITTATA, GARY I LEDWO ŻYWA...

Od rana, sminieniutkiego rano w kuchni. Bo jutro Festiwal Zmysłów, na którego to właśnie przygotowuję pięcioprzemianowe, wegetariańskie jedzonko.


 


Jak wam się wydaje, co z tego zrobiłam? 
Ćwikłę z chrzanem? Nie!
Zupę z soczewicy? Nie!
Naleśniki z dżemem? Nie!

Będzie coś bardziej wykwintnego, wielosmakowego, ale jak zwykle z naszych produktów, do kupienia w każdym sklepie, markecie, targu.


A przy okazji trzeba było zrobić obiad. Więc jest! FRITTATA!




Przepis na nią znajdziecie na moim blogu z przepisami:


Przede mną jeszcze BABINIEC. Spotkanie z kobitkami, tak różnymi, mądrymi, fajnymi, niepowtarzalnymi..., przygotowałam (?) dla nich dziś temat: Sukces mierzony własną miarą.
Będzie o czym gadać:)

A jak wrócę późną, wieczorową porą, dalej będę pichcić, piec i mieszać, żeby na jutro wszystko było gotowe.


środa, 8 czerwca 2011

MANDALKA

To cudo, tą piękną mandalę na jedwabiu namalowała specjalnie na moje zamówienie Kornelia. 

Jest cudna...:), energetyczna, delikatna, niepowtarzalna.

Fioletowo-turkusowo-złota, wielkości spodka do szklanki (są jeszcze gdzieś w użyciu spodki do szklanek?), pięknie prezentuje się na dekoldzie:)

Można takie (i nie tylko takie) mandale zamówić sobie specjalnie dla siebie. Zachęcam:)

KOLOROWE ZDOBYCZE

      Kolor, kolor, kolorowe są ulice…., takie właśnie kolorowe cudeńka zdobyłam wczoraj chodząc między ulicami, kamienicami swojego ukochanego miasta. Wydałam na nie aż 16zł!!!

     Kolorowych chust i szali mam miliony, we wszystkich kolorach tęczy, zbieram je od kilkunastu lat, trzymam w pięknym, skórzanym kufrze, który dostałam od moich przyjaciół na …dzieste urodziny. Większość z nich kupiłam w Pewexie, kilka dostałam w prezencie. Są moimi skarbami.

Ale tą torebkę dałam mojej przyszłej synowej...
Posted by Picasa

TRUSKAWKI I DESZCZ

     Spotkał mnie dziś deszcz, gdy rano wesołym krokiem zmierzałam na targ po dorodne, słodkie truskawki. Tak sobie zaczął niewinnie padać, potem troszkę mocniej...nie miałam oczywiście parasola. I takie coraz większe krople spadały na moją cieniutką, bawełnianą bluzkę i przyszło mi do głowy, że jak ona będzie mokra, to będzie mi widać co nieco, a to nie byłby miły widok. W ostatniej chwili kupiłam za dychę parasol, uratował mą bluzkę od przemoknięcia:) 

     A na targu, jak na targu, pełno warzyw i owoców. Zielony- to kolor przewodni. Zielone brokuły, szpinak, natki warzyw, sałaty, ogórki..., ale też kolorowe papryki, brunatne ziemniaczki, białe kalafiory, czerwone pomidory.

     Ile tu jedzenia!! Ile pomysłów na ucztę, obiad, deser, przekąskę. Zrobię dziś kalafior w panierce, młode ziemniaczki z koperkiem i tradycyjną mizerię. Dla mnie to wykwintny obiad:)

     A teraz właśnie zajadam sobie truskaweczki, słuchając Czerwonych Gitar "Ciągle pada"




Kilka godzin później:


Jak napisałam, tak zrobiłam:)

Przepis na mizerię wg 5 Przemian:
Ogórek sparzyć, obrać,
Z- zetrzeć na tarce
M- dodać pieprzu
W- soli
D- jogurtu
O- koperek




wtorek, 7 czerwca 2011

FESTIWAL ZMYSŁÓW

     Uuuuuuu, ale jestem ściorana...łaziłam dzisiaj kilka godzin po mieście, roznosząc plakaty w zaprzyjaźnione miejsca. I prawie w każdym miejscu posiedziałam, pogadałam, po drodze zauważyłam kilka nowych sklepów, kupiłam sobie kolczyki...

      Plakaty dotyczą FESTIWALU ZMYSŁÓW, czyli kilkugodzinnej imprezy, na której osobiście i organoleptycznie rozbudzać będziecie swoje zmysły dzięki wielu atrakcjom, takich jak: patrz plakat. Więcej info: http://www.facebook.com/event.php?eid=226834124009651

     Tak na wydarzenie zaprasza Anna, która zaprezentuje Nadziane Babeczki, czyli cupcakesy, czyli mufinki z kremem i nadzieniem:
Wydarzenie "FESTIWAL ZMYSŁÓW", na które serdecznie Was zapraszam, ma na celu przypomnienie wszystkim biorącym udział w "gonitwie dnia codziennego" o istnieniu ZMYSŁÓW!! Strać ROZUM i dojdź do ZMYSŁÓW: patrz, słuchaj, smakuj, dotykaj, czuj... i czerp radość:) Anna
     Przede mną jeszcze sporo pracy, ale jak mówi Medycyna Chińska- DZIAŁANIE WZMACNIA YANG, co właśnie odczuwam. Jest dobrze...i coraz lepiej!

Poranna herbata i piękne malarstwo

     Przy porannej herbatce czytam "Wegetariański Świat", czyli czasopismo ukazujące się już od 1994r, zawierające artykuły na temat świadomego, zdrowego, ekologicznego i wegetariańskiego życia. Czytuję je od początku jego istnienia, mam w segregatorach wszystkie egzemplarze zbierane od 17 lat. 
     To dzięki tej gazecie dowiedziałam się o różnych dietach, m.in o makrobiotyce, ale nie po tym teraz chciałam napisać, tylko o malarstwie. W aktualnym numerze jest przedstawiona twórczość pani Wandy Sawickiej (www.wandasawicka.pl). Nie znam jej, ale zachwyciły mnie jej piękne obrazy.
I tak, pijąc dalej herbatę przypomniało mi się, że przecież znam kilka kobiet, które cudownie malują, a poznałam je niedawno, dzięki Akademii AWRO (www.awro.pl), którą prowadzę w Rybniku od wielu lat..
 
Uwaga! Umieściłam tu linki i obrazy bez pytania o zgodę, więc jeśli okaże się, ze moim malarkom się to nie podoba, usunę je natychmiast!

Oto pierwsza ze wspaniałych malarek- Wiola Gaszka:





 I jeszcze jedna malująca kobieta, Wanda Kowalska:



 Cudne...:):))


poniedziałek, 6 czerwca 2011

PASJE

Moją pasją jest jedzenie- wegetariańskie, zdrowe, przygotowywane wg 5 Przemian. Lubię je przygotowywać, kupować, gotować. Ale nie zawsze tak było...
Zaczęło się od mojego taty. Tata gotował w domu rzadko, ale jak już coś ugotował, to miało to SMAK. Można powiedzieć: TO COŚ! Smak ten tworzył mój tata z przypraw, innych dodatków niż  w przepisie- z jakieś takiej alchemii, melanżu swojej energii, wyczucia smaku i odwagi dodawania czegoś innego. Jak wyprowadziłam się z domu to odkryłam, że nie umiem gotować, ale umiem eksperymentować. Na dodatek po wegetariańsku. Początek lat dziewięćdziesiątych był ubogi w produkty i książki z kręgu tych wege, więc kombinowałam po swojemu. Wychodziły mi czasem niezłe gnioty, ale nie zrażałam się tym zbytnio. Próbowałam dalej.
     Jednym z największych zwrotów w mojej kuchni dokonał się po zjedzeniu posiłku od Krishnowców. Wtedy nastąpił przełom! Bo jedzenie było tak niesamowicie smaczne, a złożone z tak prostych warzyw jak marchew, kapusta, ziemniak, burak, białego ryżu, sosu z fasoli i kawałka czegoś słodkiego, co się okazało słodyczem z mleka w proszku. Zakochałam się w takim właśnie jedzeniu- prostym i wielosmakowym:)
Cudem udało mi się dostać od nich książkę kucharską po polsku. Na pierwszych stronach były wypisane wszystkie przyprawy, które używane były w przepisach. Pierwszy raz dowiedziałam się o takich przyprawach jak kolendra, kardamon, kumin, etc. Pobiegłam z książką do najbliższego Herbapolu z nadzieją, że tam kupię jakieś przyprawy- Intuicja mnie nie zawiodła, bo większość przypraw z listy była dostępna! Najtrudniej wtedy było dostać kumin, ale mieszałam zwykły kminek z anyżem, co dawało podobny efekt smakowy.
     Często gotowałam potrawy z tej książki po prostu na obiad, ale nie tylko- zapraszałam przyjaciół na wyżerki, częstowałam gości na rodzinnych imprezach, zawoziłam wcześniej przygotowane potrawy do znajomych, przy okazji opowiadając wszystkim, którzy mnie słuchali, o wspaniałościach kuchni wegetariańskiej, jej prostocie i zarazem wykwintności, o jej dobroczynnym działaniu i nieziemskich smakach...
A o tym dobroczynnym działaniu kuchni wege napiszę w następnym odcinku:)
Posted by Picasa

sobota, 4 czerwca 2011

ZACZYNAM

Moja przyjaciółka Neshka, z którą zjadłyśmy już niejedną beczkę soli, kilka dni temu, gdy byłam u niej, by razem z nią popłakać (ona chciała płakać), powiedziała mi, tu cytat: PISZ BLOGA!, koniec cytatu.

Dobra, piszę, ale nie wiem, czy mi to wyjdzie, bo ja tak lubię (?) coś zaczynać, nakręca mnie to, a potem...gaśnie...la, la, la, choć wszystko zależy od motywacji i celu. Czyli po co?, dlaczego? itp.

To zacznę od wyjaśnienia tytułu bloga- WIELOSMAKI. Tytuł ma odzwierciedlać wielość tego, kim jestem, co mam w sobie i na sobie, co lubię, na co zwracam uwagę, itepe, iteble...

Smaki to moja specjalność. To moja pasja i praca. Gotuję by jeść, gotuję by karmić, gotuję by zarabiać.

I to by było na tyle, wystarczy na pierwszy post. Może się potem rozkręcę:)








LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...